KIEŁKOW SUSHI NIE BYŁO, ALE TEŻ BYŁO ZAJEBIŚCIE (FAJNIE)
To był kolejny dzień kiedy z uśmiechem na ustach wchodziłam do swojego korpo w Mordorze. Zajmując miejsce w open space myślałam już o latte z sojowym mlekiem i kiełkach sushi, które planowałam skonsumować w trakcie lunchu. Wieczorem piwerko ze sprajtem w knajpie znajomych i kolejny dzień miał minąć jak każdy inny. W końcu jestem z tych młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków. Z tego największego, tak skromnie zauważę.
Nic nie wskazywało na to, że ten projekt będzie jednak inny niż wszystkie. Zgłaszając się na „Zaścianek” myślałam, że to jeszcze jeden z korpo challengów, po którym są targety, a potem jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem jest i bonus przy appraisalu. Słysząc „projekt” należy się zgłosić, żeby wykazać commitment. Taka zasada.
Dwa tygodnie później niecierpliwie wyglądałam przez okno pociągu jadącego na Podlasie. Zdziwiło mnie, że ta delegacja to właśnie w te rejony, ale czego się nie robi dla aprobaty od supervisora.
Potem było już tylko gorzej.
Gdy dotarłam na miejsce okazało się, że jestem w ogromnym, starym budynku urządzonym kompletnie bez gustu. Przecież wiadomo, że teraz modny jest minimalizm! A tu złote ramy, wielkie obrazy i podświetlane gabloty. Musieli wziąć kredyt na co najmniej 3 pokolenia.
Wchodząc do jadalni ujrzałam kilku jegomościów. Jeden był postury najbardziej dowcipnego z bohaterów sienkiewiczowskiej Trylogii, drugi najlepszego szermierza, a trzeci nie był zbyt charakterystyczny. Może poza faktem, że miał na sobie bluzę z ciągnikiem. Zajadali coś, co absolutnie nie wyglądało na kiełki sushi. Była to bardziej tłusta golonka. Zdziwiłam się, że używają sztućców.
Krótko mówiąc: to towarzystwo było mi całkowicie obce kulturowo. Rozejrzałam się jeszcze raz z przerażeniem i zadałam sobie jedno ważne pytanie: którędy do domu?
Było już niestety za późno. Zostałam porwana na poddasze i posadzona na dziwnie wyglądającej kanapie. Całe pomieszczenie wyglądało jakby ten kredyt to był jednak na 5 pokoleń. W pomieszczeniu zebrało się całe zaściankowe towarzystwo (dla korposzczurów: team), które zjechało się już z Podlasia. Zaczęli sobie dogryzać i wspólnie śmieszkować wplatając w to fragmenty Cata-Mackiewicza. Prym wiódł ten wyglądający na najbardziej dowcipnego z bohaterów Sienkiewicza. Trunki też z pewnością lubił.
Gdy całe towarzystwo przybyło już do Tykocina rozpoczęło się oficjalne rozpoczęcie projektu. Zauważyłam już, że deadlinami nikt się tu nie przejmował. Czas niczego i nikogo nie ograniczał. Każdy mógł zaprezentować co i ile chciał. Było paru skromnych, ale większość chętnie o sobie mówiła. Mimo, że się już znali. To taka kolejna obserwacja.
Wieczorem rozpoczęła się kolacja. Tu czas też nikogo nie ograniczał. Najwytrwalsi biesiadowali do rana. Było jedzenie, były przeróżne trunki (szlachetny węgrzyn – 6-puttonowy tokaj i te mniej szlachetne), były i śpiewy. Tubalne. A potem rozmowy do późna. Aż dziw, że frekwencja na śniadaniu była dość wysoka. Jedzenie to jednak najlepsza przynęta.
Po śniadaniu zaczęły się panele szkoleniowe. Miały być krótkie, ale wyszło jak zawsze. Parę zdań o portalu polskijazyk.pl, Wschodnim Kongresie Gospodarczym czy mapach statystycznych. Każdy starał się wykazać swoją elokwencją, mądrością i dowcipem. Po kilkugodzinnej przedpołudniowej dyskusji zaczął się obiad. Znowu zabrakło kiełków sushi, ale obiecano mi, że na następnym „Zaścianku” już będą. Podobno na Podlasiu mają lokalną odmianę – sarmackie flaki wołowe po lwowsku. Brzmiało obiecująco.
Warto wspomnieć, że zaściankowy team to dosyć churchingowe towarzystwo. W trakcie obiadu przybył też ksiądz. Do duchownego z respektem podeszli nawet najwięksi śmieszkowie. W skupieniu wysłuchali kilku historii dotyczących okolicy i szlacheckich właścicieli Tykocina.
Po obiedzie miałam wracać do domu. Na myśl o nowych case w korpo powinnam skakać z radości, ale zrobiło mi się smutno, że pozostałe niespodzianki mnie ominą. Po tych dwóch dniach towarzystwo już nie było mi tak obce kulturowo. Pożegnaliśmy się ze łzami wzruszenia w oczach (przynajmniej moich i Patryka) i obiecaliśmy spotkać się kiedyś na stołecznej edycji „Zaścianka”. Budapeszt w Warszawie już jest, to można i „Zaścianek” zrobić.
Ten projekt był zdecydowanie najbardziej intrygującym ze wszystkich z jakimi miałam styczność. I zdecydowanie najlepszym! Rzadko spotyka się ludzi o tak wszechstronnych zainteresowaniem, z dystansem do siebie i ogromną fantazją. Dzięki za zaproszenie! Jak dorosnę to zamiast korposzczurem, zostanę jednak Sarmatą
